O nas

Joanna Szych

Artystka

O nas.

A właściwie o mnie.

No po prostu jak się dorwałam do maszyny to już nie mogłam przestać. Pierwszą narzutę uszyłam gdy jeszcze chodziłam do szkoły. Pamiętam, że składałam ją ze starych sukienek mamy i moich, z  koszul taty, zasłon, chustek i tego, co znalazłam w szafie. Teraz wspominam tę stara narzutę z sentymentem, po dwudziestu paru latach czwórka moich dzieci zdążyła doprowadzić ją do ruiny i wydrzeć w niej takie dziury że przestała nadawać się do użytku.


Druga z kolei była dżinsowa. Szyła się okropnie ciężko na starym Łuczniku (mam go do dzisiaj i działa) podwójną pomarańczową nitką. Upociłam się przy niej, ale jak na tamte czasy efekt mnie oszołomił. Też jest wspomnieniem z czasów szkolnych i też zrujnowana już doszczętnie przez moje mocno używające życia potomstwo.


Te narzuty coś w sobie miały, że jakoś nie dawały mi spokoju pomimo szkół i studiów niekrawieckich.

Wróciłam do nich gdy dostałam od sąsiadki maszynę do szycia, po jej mężu artyście. Postanowiłam zrobić to, czego jemu się nie udało- szyć tkaniny artystyczne, cokolwiek miałoby to znaczyć.

Wpadłam na pomysł szycia narzut z runem w środku (bo tak w książce o patchworku stało) i co?... Walczyłam jak Don Kichot o artyzm swoich prac, uczyłam się na własnych błędach i zżymałam się nad tkaniną artystyczną a tu wciąż wychodziły mi jakieś "buły", ciągle coś się przesuwało, nie mieściły mi się gabaryty w tej małej dziurce pod ramieniem maszyny, przez którą musiałam kilkanaście razy przepychać całą narzutę, kłuły mnie szpilki, wciąż coś musiałam pruć, przerabiać, i znów "buła", jakieś nagromadzenie tkaniny od spodu, na górze za mało...No, wyłam, po prostu wyłam do księżyca!

Ale jak już mi się udało, to na prawdę było super. Szyłam patchworki z kwadratów, z łatek, narzuty z aplikacjami ogromnych motyli, czasami coś dla kogoś. Cudne rzeczy, aż sama się dziwiłam, że mi to tak ciekawie wychodzi.

Postanowiłam stać się profesjonalną projektantką własnych prac autorskich. Jednak kursu dla projektantów dla moich prac nie skończyłam, więc bazuję na intuicji i chyba tak pozostanie. Zapisałam się natomiast na kurs dla szwaczek, bo z moim "wykształceniem" po jednym kursie krawieckim z czasów podstawówki czułam się cokolwiek ubogo na duchu. Zwłaszcza, że na tym kursie z rozmachem wycinałam zaszewki w spódnicy i sadziłam inne kardynalne błędy i szczerze mówiąc niewiele z niego pamiętam.

Kurs dla szwaczek był dla mnie prawdziwą przygodą i nie lada  przeżyciem. Przygotowywał mnie do podjęcia pracy zarobkowej w dziedzinie mojej ukochanej czyli artystyczno- twórczej. Byłam przejęta, bardzo się starałam, "szłam jak przecinak" aż przeszyłam sobie palec przemysłową stebnówką. Teraz wiem jaki to zbój taka maszyna- pędzi jak szalona i po paluchu i po czym się da! Zapamiętałam i już od tamtego czasu uważam. Raz jeszcze dałam palca, ale to już było po kilku latach, gdy miałam przemysłową maszynę tapicerską. Ta dopiero potrafi przytrzasnąć! Zagapiłam się i wprawdzie nie przeszyłam, ale „plaskaty” był przez chwilkę. Podwójny transport to jest moc!


Założyłam Galerię Rękodzieła Ars Materia. Namówiłam do współpracy Anitę, wspaniałą osobę, która stała się moją ulubioną krawcową i zaczęła się praca twórcza. Dawałyśmy radę nawet jedenastu (11) warstwom tkanin z runem i już żadne "buły" nie były nam straszne. Maszyna tapicerska w odpowiednich rękach działa cuda!

Nie pamiętam już wszystkich naszych prac, ale było ich kilkadziesiąt- prawdziwe arcydziełka sztuki- nie dlatego, że moje, ale prawdziwie cudowne, wypracowane, szyte z ogromną radością. Anita spokojna, cierpliwa, pracowita i ja z moim natłokiem myśli w głowie, ciągle w biegu, bo przecież musiałam w międzyczasie jeszcze urodzić dziecko. Od początku świetnie się zgrałyśmy. Ja projektowałam, Anita szyła, ja się uczyłam od niej. Nie było dla nas robienia rzeczy niemożliwych i dlatego wychodziły nam tak niemożliwie przepiękne rzeczy.

Aż  przestawiło się wszystko na inne tory. Tamten czas pozostał za mną. Musiałam na wiele lat zejść ze ścieżki, która była realizacją moich marzeń. Zakończyłam twórczą i owocną współpracę z Anitką i klientami. 

Pozmieniałam wiele w swoim życiu ale od jakiegoś czasu planowałam powrót bo bardzo się stęskniłam za tą twórczą radością z każdej wykonanej pracy. 

Szycie narzut jest moją furtką do pięknego świata. Każda uszyta na zamówienie jest urzeczywistnieniem czyjegoś pragnienia i moją wielką radością.

Zawierają różne historie- jak książki lub obrazy. Ale narzutki to coś artystycznie innego, nimi można się przykryć, owinąć sobie to i owo, przytulnie się poczuć z tym, co na narzutce jest naszyte.

Coś czuje, że muszę to opisać, bo szkoda, żeby te piękne historie odeszły w moje zapomnienie. Często rozmawiałam z moimi klientami. Oni opowiadali mi czego pragną, a ja starałam się to dla nich uszyć. Każdego traktuję indywidualnie, bo przecież szyję pracę tylko w jednym, niepowtarzalnym egzemplarzu. Dla tej jednej osoby. I wiem, że muszę tak się postarać żeby była szczęśliwa z tym, co ode mnie dostanie, muszę stworzyć coś oryginalnego, co mnie samej da radość i spełnienie. Owszem, to jest dość ciężka praca, ale staram się przy niej być radosna i mieć jasne, i czyste myśli. 

A tworzenie tych rzeczy jest ogromnym radosnym przeżyciem (estetycznym również), zważywszy na ciężar i gabaryty narzut na łóżka, trzeba się artystycznie namachać, żeby przerzucić "grzmota" kilkanaście razy w tę i z powrotem pod maszyną, przyszyć aplikacje niemożliwe do przyszycia, wywinąć na lewą stronę to, czego teoretycznie wywinąć się nie da i lepiej uważać na szpilki, już nie takie zwykłe, małe, tylko wielkie, kilkucentymetrowe, co jak się taka wbije to...ała!!! Śmiałyśmy się zawsze z Anitką, że te szpilki są jak kroplówka i to jeszcze wbita znienacka. Tu akrobacje nie pomogą, można wić się na boki, a i tak się wbije w najmniej oczekiwane miejsce. Wtedy jako artystka mam ręce pokłute i brzuch podrapany.

Najbardziej urzekły mnie Mazury, bo zamieszkałam pośród jezior prawie na czternaście lat. Tu są takie piękne miejsca, o których filozofom się nie śniło. Szlaki kajakowe, jeziora, pagórki, dolinki, groble, strumyki, kanały, meandry rzeczne, puszcza, gaje i bagna, do tego miedze z gruszami i wierzbami, jest drzewo, które ma w sobie dwa drzewa- lipę i gruszę, dzikie plaże, wyspy na jeziorach. Więc szyłam te Mazury na narzutach, pisałam bajki i podziwiałam. 

Przyszedł jednak czas powrotu. Nie wróciłam dosłownie na osiedle wieżowców, gdzie się wychowałam, ale nieopodal, dosłownie. Od kilku lat jestem na powrót w krainie mojego dzieciństwa, dokładnie tam, gdzie z tatą kiedyś jeździłam na grzyby do lasu. Czyli na zachodnim brzegu rzeki. Całkiem zachodnim. Całkiem pięknej rzeki bo widoki na urwistym brzegu dosłownie zapierają dech. Wśród lasów, grzybów, jagód, pól, łąk, jezior i stawów. Mieszkam w przecudnej okolicy na Pojezierzu Lubuskim, nad Odrą, gdzie są uprawiane największe winnice w naszym kraju. Tu rośnie tyle ziół, wrzosów i pięknych drzew, zwierzęta mieszkają w lesie więc nieproszeni państwo szopy, sarny, dziki, lisy i wilki bywają z wizytami. Jedni częściej, inni rzadziej, ale towarzysko potrafią się udzielać. Tymczasem w ogrodach dojrzewają plony, kogut pieje u sąsiada, a kot śpi na parapecie. W stawie przegląda się słońce i prześwituje przez wiekowe lipy, które rosną na samym środku wsi. Życie toczy się znowu swoim torem. 

To jest istny zew natury i wystarczy popatrzeć dookoła żeby od razu chcieć skopiować drzewo, uszyć jakiś liść, kwiat albo chociaż owada podrobić. 

Więc nie ma na co czekać. Nie czekam, Idę do pracowni.


No to jeszcze raz się przywitam,

Dzień dobry Państwu. 

Mam na imię Joanna i miło mi będzie przyjąć od Państwa zamówienie.

Koszyk
Scroll to Top